Kontynuacja "Opowiadania VI"...

Awatar użytkownika
Maciejko
Moderator
Moderator
Posty: 484
Rejestracja: 16 cze 2019, 13:36
Punkty reputacji: 1284
Lokalizacja: Lublin
Podziękował: 410 razy
Otrzymał podzięk.: 315 razy
Płeć: Mężczyzna

Kontynuacja "Opowiadania VI"...

Postautor: Maciejko » 13 lis 2019, 16:13

Zgodnie z tym, co napisałem wczoraj, zamieszczam tutaj kontynuację Opowiadania VI. Część pierwsza zawiera zarówno początek konkursowy, jak i to co udało mi się dopisać dalej, na chwilę obecną. Zamieszczam to głównie dla @
Awatar użytkownika
Krytyk na kacu
, bo obiecałem, a także dla wszystkich innych zainteresowanych. Życzę udanej lektury. :smile:

_______________________________________________________________________________________________________________________________________

Spojrzał na ostrze swojego miecza. Nieco zardzewiałą klingę, zdobiły ślady świeżej krwi. Ciężko mu było zliczyć ile już uśmiercił tych przerażających istot. Sto, tysiąc, może sto tysięcy? Zabijał je od dawna, bo taki przykaz dostał od króla Morgviir’a. Był jego prywatnym strażnikiem, pierwszym Ostrzem i posłańcem. Był największym postrachem Starego Południa. Nikt nie był w stanie dorównać mu w walce, a mówiąc szczerze, mało kto próbował. Już sam jego wygląd sprawiał, że spora część potencjalnych napastników, uciekała ile sił w nogach.
Był wielki, wręcz monumentalny. Sprawiał wrażenie, jakby miał nie zmieścić się w drzwiach, przez które normalnie są w stanie minąć się dwie, przeciętnej budowy, osoby. Przez całą długość jego twarzy przebiegała okropna blizna, która zaczynała się na podbródku, przecinała wargę, nos, lewe oko i kończyła się przy skroni. Tworzyła na jego licu bruzdę, jak wartki strumień wytyczający swoje koryto. Oko, uszkodzone w walce, było pozbawione tęczówki, wyblakłe, jak oko ślepca. Wiecznie milczący, z ustami wygiętymi na wyraz czegoś, co mogło by być jakimś przerażającym połączeniem bólu i nienawiści.
Pomimo swoich rozmiarów, poruszał się z gracją, nad wyraz bezszelestnie i cicho. Był zwinny jak kot. Nie było drugiego takiego człowieka jak Rogvaar. O ile on w ogóle był człowiekiem.
Schował miecz do pochwy i usiadł przy ognisku. Być może na Starym Południu był niepokonany, jednak tutaj, na niezbadanych jak dotąd terenach Wielkich Pól Wschodu, był zwierzyną, nie łowcą. Musiał z trudem walczyć o każdy kolejny dzień, aby móc nieprzerwanie przeć na wschód. W kierunku, który wyznaczył mu sam król. Rozejrzał się wokół. Krajobraz tej przedziwnej krainy był bardzo nietypowy i bardzo niepokojący. Słońce ledwie przedzierało się przez gęste chmury. Cały teren był płaski, aż po horyzont, gdzieniegdzie tylko zmącony suchym, pozbawionym liści, pokracznym drzewem. Ziemia wyglądała tak, jakby od wielu miesięcy, a może nawet lat, nie widziała grama wody. Zastanawiał się po co Morgviir go tu przysłał. Co takiego może się kryć w tej pozbawionej życia krainie? Nie było tutaj nic, oprócz sporadycznie występujących ruin budowli dawnych mieszkańców tego terenu. No i oczywiście oprócz tego całego dziwactwa, z którym przyszło mu walczyć. Nigdy wcześniej nie widział takich stworzeń. Niektóre z nich przypominały czarne, postrzępione prześcieradła z ogromnymi, ostrymi jak brzytwa szponami, które bezszelestnie unosiły się nad powierzchnią ziemi. Dodatkowo były nadludzko szybkie, nawet dla niego. Chociaż on sam nie był do końca człowiekiem.
Inne monstra przypominały odrobinę ludzi, ale takich rodem z laboratorium szalonego naukowca. Bezmyślne kupy mięsa, nieudolnie pozszywane z zupełnie przypadkowych kawałków ciał różnych osób. Były powolne, głośne i zaskakująco głupie. Bardziej irytowały, niż stanowiły zagrożenie.
Jednym z najgroźniejszych stworzeń, z jakimi się dotychczas spotkał, był Suul. Taką nazwę nadał mu sam, bo w jego ojczystym języku oznaczało to „małą dziewczynkę”. Było to coś, co do złudzenia przypominało małą dziewczynkę, ale tylko z wyglądu. Potrafiło nagle zniknąć, aby natychmiast pojawić się w innym miejscu, najczęściej tuż za jego plecami. Wywoływało zwidy i majaki, które potrafiły doprowadzić do szaleństwa. Przywoływało te radosne, jak i bolesne wspomnienia, powodując dezorientację. A do tego jego usta wypełniał szereg równiutkich, białych, ostrych zębów.
Siedział przy ogniu i myślał. Myślał, czy jest sens kontynuować tę podróż. Gdyby nie jego nadludzkie możliwości, już dawno by się poddał i zawrócił. Ale nie był zwykłym człowiekiem.
W dzieciństwie jego matka prowadzała go często nad świętą rzekę Marbo. Wierzono, że patronka tej rzeki, bogini Ark’voor – kobieta o twarzy kota, obdarzy kogoś o szczerym sercu i prawych intencjach, nadludzkimi zdolnościami – kocią zwinnością i zmysłami, siłą, hartem ducha i dziewięcioma życiami. Długo nikt nie chciał wierzyć, że trafiło akurat na małego Rogvaar’a. Rodzice starali się go trzymać w ukryciu, ale gdy tylko król Morgviir dowiedział się o tym, zabrał go do siebie. I tam Rogvaar spędził resztę życia. Służąc królowi, państwu i poddanym.
Z rozmyślań wyrwał go cichy szelest. Spojrzał w stronę pobliskich ruin i dostrzegł, a właściwie poczuł delikatny ruch. W mgnieniu oka klinga zaświeciła blado w blasku ogniska, a on nasłuchiwał dalej. Obracał się powoli, a jego zbroja nie wydawała nawet najmniejszego dźwięku. Została zaprojektowana specjalnie dla niego. Ciężka i płytowa, ze specjalnymi łączeniami, zapewniającymi niebywałą swobodę ruchów. Wykonał dwa długie kroki w przód, zamarkował cięcie, a następnie gładkim półobrotem wykonał właściwy cios, w miejsce tuż za swoimi plecami. Dziwne, przypominające wilka, stworzenie padło bez życia, a jego głowa potoczyła się kilka metrów dalej. Takiego potwora jeszcze nie widział. Był zaskakująco cichy i szybki. Ale nie dla niego.
Pewnym krokiem ruszył dalej, na wschód. Podniszczony miecz schował do pochwy. Wierzchem dłoni przetarł spocone czoło. Miał zamiar odnaleźć to, czego szuka jego król. Miał zamiar to odnaleźć i podać mu na złotej tacy. Choćby miało go to kosztować życie. Jego ostatnie, dziewiąte życie...
***
Rogviir westchnął ciężko i usiadł przy dębowym stole. Wsparł głowę na dłoniach i zamknął oczy. Nie wiedział co robić. Nie wiedział jak to wszystko się dalej potoczy, jaki los czeka całe Stare Południe. Wciąż oczekiwał powrotu swojego Ostrza, Rogvaar’a, z samobójczej wyprawy, na jaką go wysłał. On był jego ostatnią nadzieją, on był ostatnią nadzieją wszystkich.
Skąd w ogóle wzięły się Ostrza? Około stu trzydziestu lat temu, dziadek Rogviir’a, mądry władca o imieniu Sorlan, w obliczu niebezpieczeństwa, które zagrażało królestwu, powołał specjalny zakon. Zakon wyszkolonych, twardych i bezwzględnych wojowników, którzy za zadanie mieli służyć ludziom i bronić króla. Zmusiły go do tego pogłoski, pogłoski mówiące o tym, że powrócić ma Mor-Stagaar, pradawny kościany smok, który pożera dusze. A wraz z jego nadejściem, rozpocznie się koniec świata. Ostrza początkowo liczyły około dwustu rycerzy, rozsianych po wszystkich zakątkach Starego Południa. Świta pięciu z nich, najbardziej doświadczonych, była zawsze u boku króla i miała chronić go, nawet za cenę własnego życia. Rogviir nigdy nie zdradził Rogvaar’owi, że jednym z tej piątki, był jego dziadek.
Ostrza wiązał specjalny kodeks. Nakazywał im on bezwzględną lojalność i oddanie. Mieli odrzucić swoje dawne życie i stać się żywą bronią i tarczą. Musieli być przygotowani na to, że każdego mieszkańca, nawet tego najmniejszego, mają za zadanie bronić własnym życiem. Kodeks pozwalał im również na rozwiązywanie sporów i konfliktów oraz wymierzanie sprawiedliwości. Stąd też, każde z Ostrzy musiało przejść ostrą selekcję oraz sprawdziany, które miały ustalić ich bezstronność, honor i sprawiedliwość. Zakon cieszył się ogólnym szacunkiem i poważaniem, a jego członkowie uznawani byli za najlepszych wojowników i ludzi światłych oraz inteligentnych.
Ostrza zażegnały zagrożenie związane ze smokiem, chociaż zajęło im to kilka lat. Okres ten był czasem ich największej popularności. Z upływem lat ich rola była coraz mniej istotna. Niebezpieczeństwo zniknęło, życie powróciło do normalności. Ostrza miały znacznie mniej zajęć. Z początkowej liczby dwustu wojowników pozostało niewielu, ich szeregi się przerzedzały. Przestawano szukać kolejnych kandydatów, aż w końcu, pod koniec panowania ojca Rogviir’a, Ostrza przestały istnieć.
Kiedy Rogviir odkrył niesamowitą moc, jaka drzemie w młodym chłopcu imieniem Rogvaar, przyjął go na swój dwór. Niedługo po tym jego rodzice zmarli. Matka ciężko chorowała, a ojciec zginął podczas polowania. Postanowił szkolić chłopaka w walce, ale także trenować jego nadzwyczajną inteligencję i pojętność. Rogvaar wyrósł na najlepszego wojownika, obdarzonego przy okazji złotym sercem, poczuciem obowiązku i sprawiedliwości. Był dla niego jak syn, a on traktował go jak ojca.
Z zamyślenia wyrwał go świst wiatru hulającego za oknem. Wyszedł na zamkowy balkon i spojrzał w dół, na miasto. Największe miasto Starego Południa, noszące nazwę Pargos. Mieszkańcy zwykli nazywać je Perłą Południa, ze względu na jego piękną architekturę, ze strzelistymi, ostrymi dachami, wznoszącymi się prawie ku niebu, wąskimi uliczkami, wypełnionymi różnego rodzaju warsztatami rzemieślniczymi, sklepami, księgarniami. Porozstawiane równo latarnie, które blaskiem świec oświetlały główne ulice, a także wybrukowane drogi i kolorowe drogowskazy, tworzyły niepowtarzalny klimat, który nigdzie indziej nie występował. Było wręcz baśniowo. Przez środek miasta płynęła rzeka Marbo, a w samym jego centrum górował zamek królewski.
Rogviir wsparł się na kamiennej balustradzie i pomyślał, jak wielką stratą byłoby, gdyby miasto popadło w ruinę. A jeżeli misja Rogvaar’a się nie powiedzie, to jest to nieuniknione. Nigdy nie zdradził mu prawdziwego powodu, jaki krył się za faktem ponownego powołania zakonu Ostrzy. Powiedział mu tylko, że w końcu pojawił się człowiek, który godnie będzie kontynuował tradycję tej instytucji. I tak właśnie Ostrza się odrodziły. Co prawda tworzyła je tylko jedna osoba, ale osoba ta była warta setki innych. Nigdy nie zdradził mu też, z jakiego powodu wysłał go na wschód. Rogvaar był lojalny i nie pytał. Zebrał ekwipunek i wyruszył.
Wrócił do pomieszczenia i zaczął nerwowo chodzić dookoła stołu. Gryzło go sumienie, bo jego przybrany syn już dawno wyruszył w podróż, a wciąż nie miał od niego wieści. Bał się, że nie żyje, że posłał go na śmierć. Ale nie miał wyjścia. Losy Starego Południa ważyły się tu i teraz. Magowie z zachodu donosili królowi, że Feer’stuur jest coraz bliżej. Uśpiony od setek tysięcy lat, nagle pokazał swoją aktywność. Panujący w zamierzchłych czasach władcy, zbudowali specjalny mur, zwany Arh-Morsei, co znaczy Mur Śmierci, nasączony magiczną energią, który miał powstrzymać jego działanie. Dodatkowo najwięksi magowie swoich czasów, należący do Piątego Kręgu Żywiołów, oddali życie, żeby Feer’stuur uśpić i otoczyć nieprzekraczalną kopułą energii, której moc brała się z Kamienia Rosy.
Jednak teraz coś zakłóciło działanie Kamienia, kopuła straciła część mocy, a Feer’Stuur zbudził się. Uśpiony przez wieki, miał czas, aby zregenerować się i nabrać sił. Z łatwością przebił się przez resztki bariery i rozpoczął swoją ekspansję w kierunku Muru Śmierci. Ostatnie informacje od magów nie były optymistyczne. Arh-Morsei był wiekowy i powoli jego konstrukcja zaczynała się poddawać, przygniatana potęgą Feer’stuur. Nie było wiele czasu.
Czym tak w ogóle był Feer’stuur? Jego nazwa w wolnym tłumaczeniu oznaczała wiatr, który pożera wszystko. W zasadzie nikt nigdy do końca go nie zbadał, bo było to prawie niemożliwe. Ktokolwiek, kto miał z nim bliską styczność rozsypywał się w pył, a jeśli uniknął śmierci, to na zawsze pozostawał z postradanymi zmysłami. Mówiono, że wywołuje on straszne i przerażające wizje, które doprowadzają człowieka na skraj szaleństwa. Karmi się jego strachem i obłędem, aby następnie wchłonąć całą jego materialną i duchową postać, pozostawiając tylko kupkę popiołu. Osoba wchłonięta przez Feer’stuur przestawała istnieć, a jej dusza znikała, więc nigdy nie była w stanie spotkać się z innymi, w krainie Roggolos, do której wszyscy trafiali, kiedy ich czas na obecnym świecie dobiegał końca. Oprócz tego wiatr, który pożera wszystko, miał też inną cechę, właściwą dla swojej nazwy. Był jak huragan, jak tornado, które niszczy wszystko i wszystkich na swojej drodze.
Co takiego więc, kryło się na niezbadanych Wielkich Polach Wschodu? Rogviir sam nie wiedział. Wiedział, że tam może kryć się ratunek. Starożytna legenda głosiła, że daleko na wschód, ukryta jest świątynia. W jej wnętrzu znajduje się labirynt, na końcu którego jest pomieszczenie. W pomieszczeniu tym, na cokole stoi wielka porcelanowa kula, ze zdobieniami w dawno już zapomnianym języku. Kula skrywa w sobie Soor’vargharii, bryzę, która przynosi życie. Rozbicie kuli może ją uwolnić i pomóc zwalczyć Feer’stuur. Jednak była to tylko legenda, opowiastka. Król miał nadzieję, że kryje się w niej chociaż ziarenko prawdy. Bo był to jedyny ratunek, jedyna nadzieja.
Feer’stuur nie dało się inaczej powstrzymać. Przez lata urósł w zbyt wielką siłę, a Piaty Krąg Żywiołów już dawno przestał istnieć. Magowie zdolni go powstrzymać już nie żyją, albo jeszcze się nie urodzili. I jeżeli nic się nie zmieni, to nie będą mieli szansy się urodzić. Rogviir zacisnął zęby i ponownie usiadł przy stole. Splótł dłonie, oparł je na brzuchu i po cichu modlił się o powodzenie misji Rogvaar’a.

Awatar użytkownika
Maciejko
Moderator
Moderator
Posty: 484
Rejestracja: 16 cze 2019, 13:36
Punkty reputacji: 1284
Lokalizacja: Lublin
Podziękował: 410 razy
Otrzymał podzięk.: 315 razy
Płeć: Mężczyzna

Kontynuacja "Opowiadania VI"...

Postautor: Maciejko » 18 lis 2019, 17:09

Kolejna część opowiadania. Na razie dosyć krótko, ale mam nadzieję, że rozwinie się to na dłużej. Niestety ilość mojego czasu jest odwrotnie proporcjonalna do ilości moich pomysłów, więc jest jak jest. Miłej lektury. :smile:

Zatoczył się ciężko i oparł ścianę ruin. Z jego ramienia sączyła się krew, a ranę wypełniały setki drobnych odłamków. Cholerny stwór trafił go pazurem, tuż pomiędzy płyty jego zbroi. W tym samym czasie chciał sparować jego cios i szpon rozleciał się na kawałki, które utkwiły w ramieniu. Ostatnia walka utwierdziła go w przekonaniu, że słabnie. Robi się coraz wolniejszy, jego zmysły są coraz bardziej przytłumione. Traci czujność i refleks.
Powoli wyjmował pojedynczo odłamki, przemył ranę wodą i owinął kawałkiem koszuli. Musi odpocząć kilka dni, zregenerować się, zdobyć jakiś posiłek. Wędrował już długo, nie wiedział jak długo, ale jakiś szósty zmysł podpowiadał mu, że jest coraz bliżej. Jakaś tajemnicza siła ciągnęła go w jednym kierunku.
Rozpalił skromne ognisko i postanowił, że upoluje jedną z tych dziwnych bestii, która wyglądem przypomina wilka. Może jej mięso będzie zdatne do zjedzenia. Rozejrzał się wokół. Krajobraz począł się zmieniać. W miejsce ogromnej pustyni, zaczęły pojawiać się gęstsze krzewy i żywe drzewa. Gdzieniegdzie było widać kałuże wody. Ruin było coraz mniej. Patrzył na wschód i im dłużej się przypatrywał, tym bardziej zdawał sobie sprawę, że w oddali jest las. Ciemny, gęsty, nieprzenikniony las. Zrozumiał wtedy dwie rzeczy. Po pierwsze w lesie może uda mu się odnaleźć więcej żywności i wody. Po drugie jednak, w lesie może czaić się więcej groźnych bestii, które będą miały ułatwiony atak.
Był zmęczony, a ramię dawało o sobie znać. Mimo wszystko wiedział, że musi coś zjeść. Podszedł do pobliskiej gęstwiny i skrył się w niej. Spojrzał w kierunku drzew i dostrzegł tego wilkopodobnego stwora. Stał, odwrócony do niego tyłem. Powoli zaczął skradać się w jego kierunku. Gdy był już na wyciągnięcie ręki, zmęczenie dało o sobie znać. Potknął się i potwór natychmiast to zauważył. W mgnieniu oka znalazł się za plecami Rogvaar’a. Ten jednak wytężył resztki swoich sił i błyskawicznie się odwrócił. Miecz już od dawna przyozdabiał jego dłoń. Wilk zawarczał groźnie i wykonał długi skok. Rycerz sparował cios, zamarkował uderzenie poprzeczne i płynnym obrotem wykonał górne cięcie, które trafiło przeciwnika prosto w tętnice szyjną. Rogvaar ciężko odetchnął i spojrzał na zwierzę. Leżało bez życia, w rosnącej kałuży krwi. Złapał je za nogi i pociągnął w stronę ognia. Ramię tętniło tępym bólem, a nogi powoli odmawiały mu posłuszeństwa. Dociągnął truchło na miejsce i ciężko usiadł na ziemi.
Zabrał się za oprawianie swojej zdobyczy. Skór potwora była wyjątkowo gruba i porośnięta przyjemnym w dotyku futrem. Postanowił, że zachowa ją, aby w razie czego mieć dodatkowe okrycie. Wyciął kawałek mięsa z udźca i nadział je na kij. Piekł je długo, wpatrując się w skaczące iskry i napawając się chwilą odpoczynku. Było zaskakująco smaczne. Miękkie i soczyste. W smaku przypominało wieprzowinę, a w konsystencji wołowinę. Zjadł jeszcze kilka kawałków, a resztę oddzielił od kości i schował do torby. Położył się na nowo zdobytej skórze i zasnął. Zasnął, ale cały czas czuwał. Wrażliwy na każdy szmer, każdy ruch powietrza, każdy zapach. Odpoczywał, zbierał siły…
Delikatne promienie słońca i przyjemna bryza, sprawiły, że rozbudził się i usiadł. Spojrzał na swoje ramię. Już prawie się zagoiło. Resztki ogniska były jeszcze ciepłe, więc nie spał zbyt długo. Ale to wystarczyło, żeby poczuł się zdecydowanie lepiej. Gdyby nie jego nadludzkie zdolności, zapewne już dawno by zginął, a rozcięte ramię goiło by się wiele tygodni. Jednak nie był człowiekiem i jego ciało bardzo szybko powracało do dawnej sprawności. Przeciągnął się, ziewnął i począł zbierać swoje rzeczy. Nadszedł czas, aby wyruszać w dalszą drogę.
*
Zza rogu budynku wyszedł niski mężczyzna o egzotycznej urodzie, odziany w długi, futrzany płaszcz z kapturem. Rozejrzał się nerwowo dookoła, ręką dotknął torby przy pasie i szybkim krokiem ruszył wzdłuż witryn sklepowych. Przyozdabiały je różnorakie napisy, mające skłonić potencjalnego kupca, aby wszedł do środka. W Tegroth handlowano wszystkim, ale prym wiodły wszelkiego rodzaju towary luksusowe i prawnie zabronione w innych miastach. Złoto, perły, niewolnicy, dzikie zwierzęta, a nawet zdelegalizowany edyktem królewskim pylorit. Tutaj można było kupić wszystko, a sama mieścina była skupiskiem wszelkiego rodzaju handlarzy, łowców, najemników, zabójców i przemytników. Była kolebką paserstwa, szmuglerstwa i ciemnych interesów. Gdyby nie protekcja Zakonu Orth’ka, Tegroth już dawno przestałoby istnieć. Ale koneksje łączące część Rady Królewskiej i przywódcę zakonu, skutecznie utrzymywały nielegalny rozkwit miasta.
Człowiek w płaszczu minął sklepy, przeszedł przez ulicę i zniknął za drzwiami, prowadzącymi do jednej z najpodlejszych gospód Starego Południa, o wymownej nazwie „Koński Bełt”. Wnętrze wypełniał zapach, będący na poły mieszaniną świeżego i stęchłego tytoniu, potu, alkoholu i moczu. Miejsce to było punktem zbornym wszystkich okolicznych pijaczków, ciemnych typów i ludzi, mających na pieńku z prawem. Widok wchodzącego eleganckiego mężczyzny sprawił, że na moment ucichły wszystkie rozmowy, a głowy obecnych skierowały się w stronę drzwi. Przybysz zdjął kaptur, a wtedy każdy wrócił do własnych zajęć. Jego twarz, przeorana wielką blizną i długa czarna broda, zapleciona w warkocz, a przede wszystkim tatuaż zdobiący jego skroń, jasno dały wszystkim do zrozumienia, że jest to człowiek, na którego należy uważać, schodzić mu z drogi, a przede wszystkim, nie przypatrywać mu się zbyt długo. Tatuaż ten, przedstawiający niewielkiego węża, zaplecionego wokół zakrwawionego sztyletu, oznaczał, że jego właściciel należał do najbardziej elitarnej sekty zabójców, do Haar’tur. Ludzie Ci byli bezwzględni, niezłomni, wyprani z uczuć. Nie zabijali dla pieniędzy – robili to dla rozrywki i właśnie to było w nich najbardziej przerażające.
Surtan, bo tak nazywał się zabójca w płaszczu, usiadł przy jednym ze stołów. Z torby wyjął niewielki, zakrzywiony sztylet, który w wymownym geście wbił w blat. W kulturze oznaczało to, że czeka na kogoś i nie wolno mu przeszkadzać. Zamówił piwo, upił kilka łyków, wsparł głowę na dłoniach i wpatrując się w drzwi, zaczął czekać. Nie minęło wiele czasu, a do gospody wkroczył odziany w oksydowaną na czarno zbroję Hakim, przywódca Zakonu Orth’ka. Uniósł rękę i spokojnie wskazał palcem na wyjście. Wszyscy zebrani posłusznie wstali i zaczęli opuszczać „Końskiego Bełta”. Został tylko Bo – właściciel, będący dobrym przyjacielem Hakim’a oraz Surtan. Bo od razu nalał drugi kufel piwa i szybkim krokiem oddalił się na zaplecze. Przywódca zakonu usiadł naprzeciwko zabójcy i spojrzał mu w oczy. Nie dostrzegł w nich nic. Żadnego cienia człowieczeństwa, uczuć, życia. Były puste i przerażająco czarne, zimne i mętne, jak martwej ryby.
- Zabijesz mojego brata. - powiedział cichym głosem Hakim, nie odrywając oczu od mordercy.
Po Surtanie od razu było widać, że czekał na jakieś zlecenie. Jego ciało momentalnie się napięło, na czoło wystąpił pot i pojawiła się pulsująca żyła. Był gotowy zabijać, tu i teraz. Ale panował nad sobą. Cały ten zwierzęcy szał i instynkt gromadził w sobie, tłumił. Szykował go specjalnie na „polowanie”, jak to nazywał.
- A kimże jest Twój brat i jak go zwą? - odparł beznamiętnym głosem Surtan.
- Rogviir, król Starego Południa. - odparł przywódca Zakonu, uśmiechając się kącikiem ust.

Wróć do „Literatura”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość